Pielgrzymka na górę Athos

Relacje z podróży na Górę Athos mojego taty:

Góra Athos istnieje w mojej świadomości może i 30 lat. Podczas kolejnego pobytu w Grecji na przełomie 1988/89 roku była już na wyciągnięcie ręki, ale wtedy każdy dzień pracy na polach wiejskiej Ormilii przynosił pokaźny dochód i nie starczyło mi wyraźnie sił
by pokonać zwykły materializm i na tydzień oderwać się od założonego celu pobytu w tym kraju jakim było zdobywanie twardej waluty.
Kilka wykonanych w ciągu dwóch lat telefonów do Biura Pielgrzyma w Salonikach doprowadziło mnie w końcu do uzyskania zaproszenia na świętą Górę, zwaną od dawna przez Greków jako Agion Oros. To terytorium od ponad tysiąca lat skupia prawosławnych mnichów w klasztorach i pustelniach rozsianych na niezbyt gościnnym obszarze wschodniego cypla półwyspu Chalcydyckiego.
We wrześniu 2009 dotarłem z wujkiem Romkiem do miasteczka Ouranoupolis. Stąd właśnie codziennie przed południem odpływa prom do Daphni – głównego portu na Athos. Tu też należy odebrać zaproszenie od Świętej Społeczności, które po grecku nosi nazwę diawatirion. Bez niego nie pozwolą zostać na promie.W statucie wspólnoty jest podobno zapis, że jedyną drogą wiodącą na terytorium mnichów pozostanie na zawsze droga wodna. Płyniemy wzdłuż zachodniego brzegu a granicę pomiędzy oboma światami lokalizujemy przy pomocy mapy, która sugeruje początek atoskiego terytorium w miejscu gdzie teren zaczyna sie wyraźnie wznosić. Na pokładzie sami mężczyźni, nie tylko cywile, bo są też duchowni.
Zaproszenie do odwiedzenia tej wyjątkowej wspólnoty klasztornej mogą otrzymać mężczyźni, którzy ukończyli 21 lat. Kobietom wstęp na Świętą Górę jest zabroniony. Mówi o tym wielowiekowe prawo zapisane na trzymetrowej koźlej skórze przechowywanej w siedzibie Świętej Epistazji w Karyes. Mijamy przystań serbskiego klasztoru Chilandari. Kolejna przystań, tym razem należąca do bułgarskiego klasztoru Zographou. Architektura przypomina mały zamek obronny. Dawniej nie było na tym obszarze spokojnie, istniało zagrożenie nie tylko ze strony piratów.
Kilka osób w tym jeden mnich wychodzi na ląd. Mijamy klasztor Dochiariou, Xenophontos, podziwiamy dalej wielki klasztor rosyjski św. Pantelejmona o zielonych dachach baszt i zabudowań, intensywnie rozbudowywany i odnawiany. Zauważyłem grupkę ludzi na górnym pokładzie z kilkuletnim chłopcem. To jednak są wyjątki ? Ojciec chłopca wyjaśnia mi, że mnisi mogą zapraszać do siebie bliską rodzinę. Niektóre klasztory jak później zauważyłem, zezwalają na odwiedziny po ukończeniu 7 roku życia. Dobijamy do portu Daphni. Wysiadamy i wtapiamy się w tłum oczekujących na opuszczenie Athos. Czekają w kolejce do kontroli celnej. Nie można przecież pozwolić na nielegalny wywóz cennych historycznie przedmiotów zgromadzonych w klasztornych skarbcach i bibliotekach. Nie mamy planu. Jakiś Grek pytał mnie jeszcze na promie, dokąd się wybieramy. On zamierzał odwiedzić wspólnotę Vatopedi – drugiego pod względem ważności klasztoru na północno-wschodnim wybrzeżu półwyspu. Dziwił się jak można tu przyjechać bez potwierdzenia noclegu. Zasiał trochę niepokoju, byłem jednak emocjonalnie przygotowany na większe trudności. W tym świecie ostrzega się przybyszy, że nie warto nic planować, trzeba poddać się rytmowi życia wspólnot klasztornych, bo inaczej niczego się tu nie zobaczy a tym bardziej niczego się też nie zrozumie. Każdy słyszał o kalendarzu Juliańskim i przesunięciu daty o kilkanaście dni w stosunku do naszego kalendarza Gregoriańskiego. Nie każdy jednak wie, że czas w ciągu dnia też jest inaczej liczony i zaczyna się o naszej 7.00 jako godzina pierwsza a 19.00 to dla mnichów pierwsza wieczorem. Może to być powodem pomyłek gdy mnich przyjmujący gości zwany archondaris będzie nieco roztargniony i nie poda nam właściwej pory nabożeństwa lub posiłku.
W porcie określiłem wreszcie strategię naszego pobytu. Większość pielgrzymów jedzie autobusem do uznawanej za stolicę miejscowości Karyes położonej w głębi lądu. My popłyniemy mniejszym promem dalej na południe do klasztoru Simonospetras. W międzyczasie portowe koty próbują dokonać rewizji naszych bagaży. Wysiadamy na ląd razem z Amerykaninem z Hawajów i ostro wspinamy się kamienną ścieżką do bramy klasztoru. Powszechnie twierdzi się, że tutaj mnisi śpiewają najpiękniej na Górze Athos a Hawajczyk, który jest zawodowym muzykiem porównuje ich nawet do anielskich chórów. Archondaris wita nas jak nakazuje tradycja galaretką lokoumi i wódką ouzo. Nie ma niestety dla nas noclegu, proponuje odpoczynek przy kawie i przemarsz do sąsiedniego klasztoru Grigoriou. Poza rozczarowaniem, że nie zobaczyłem tutejszego kościoła, uświadamiam sobie nagle jakie trudności mogą nas jeszcze czekać jeśli i w Grigoriou nie przyjmą nas na noc. Diawatirion gwarantuje 4 noclegi na Górze Athos. Jest tylko jeden warunek, trzeba przyjść do klasztoru przed zachodem słońca, potem bramę zamykają do rana. Dwa dni później byłem świadkiem jak pewien Albańczyk spędził noc poza murami klasztoru Megisti Lavra, na szczęście dostał kąt w zabudowaniach przyklasztornych u studenta pracującego tu na wakacjach.
Dwugodzinny spacer zboczem wzdłuż morskiego brzegu doprowadził nas do bram klasztoru Grigoriou. Na dziedzińcu mnich oznajmił, że pokój dla nas się znajdzie. Pamiętam, że wspominałem coś o prawosławnej prababce, ale chyba nie było to potrzebne. Za chwilę miało zacząć się popołudniowe nabożeństwo – esperinos co można tłumaczyć jako gwiazdy wieczorne (nasze nieszpory ?). To od nich zaczyna się dzień liturgiczny. Trudno opisać wnętrze kościoła, mocno zadymione ściany, na zawsze utrzymujący się w powietrzu zapach kadzidła, pośrodku wielki kolisty żyrandol symbolizujący mury Jerozolimy i mnóstwo świętych postaci patrzących z ikonostasu i rozwieszonych po ścianach ikon. Zarówno mnisi jak i pielgrzymi przychodzący do świątyni witają się od razu z ikonami o szczególnej czci, dotykają je i całują, wielokrotnie wykonując przy tym znak krzyża. Kilku mnichów rozdzielonych na dwie grupy po obu stronach ikonostasu na przemian śpiewa i czyta z otwartych wielkich ksiąg. Reszta bez widocznej dyscypliny pojawia się o różnym czasie a niektórzy z mnichów wychodzą w trakcie, najpewniej z powodu innych ważnych obowiązków. Po około trzech godzinach monotonnej modlitwy wszyscy obecni
przechodzą z kościoła wprost do jadalni, która musi być blisko by nie tracić czasu. Co więcej, jeść trzeba szybko i w ciszy. Każdemu pielgrzymowi przydziela się miejsce przy stole, ale mnisi siedzą przeważnie oddzielnie w głębi sali. Zdarza się, że w niektórych klasztorach do dziś pobrzmiewają echa schizmy i innowierców umieszcza się przy osobnym stole. W czasie posiłku jeden z mnichów czyta z ambony wybrane fragmenty pisma świętego zerkając przy tym dyskretnie w stronę przeora. W chwili gdy ten kończy jeść, lektor zamyka księgę a dzwonek daje sygnał wszystkim, że należy bezwarunkowo zakończyć posiłek. Jeden z mnichów zabiera teraz pielgrzymów z powrotem do kościoła gdzie czekają na nich wyłożone święte relikwie. Strach podejść bliżej, bo prawosławni z wielką czcią całują oprawione w srebro i przykryte szkłem fragmenty kości, odłamki drewna, znalazł się też spory kawałek czaszki. Nie wiadomo jak się zachować, naśladować ich nie będę a stać z boku też nie wypada, by nie sprawić wierzącym przykrości albo gorzej, nie wyjść na aroganckich schizmatyków. Po kwadransie wychodzimy na świeże powietrze a tu znowu kłopoty. Siadamy byle gdzie a mnich zaczyna opowieść o historii klasztoru, życiu słynnych świętych tu zamieszkujących i o własnym powołaniu. Trwa to wyraźnie za długo. Piękny widok na otwarte morze nie rekompensuje nam traconego czasu, mimo to z gorliwą cierpliwością udajemy Greków i czekamy na zbliżający się zachód słońca wyznaczający porę na odpoczynek. Brama klasztoru nareszcie się zamyka a my idziemy do wyznaczonej nam przez mnicha archondarisa przytulnej, ciasnej celi. Leżąc w wygodnych łóżkach, wpatrzeni w słabe światło kończącego się dnia dochodzące przez niewielkie okno z widokiem na ścianę wąskiego przejścia między naszym budynkiem a wysoką wieżą obronną, mamy możliwość pierwszej wymiany wrażeń z pobytu na tej ziemi. I obaj odczuwamy podobnie, bo wyraźnie przechodzimy kryzys adaptacyjny. Nie umiemy pogodzić naszego pędzącego świata, tego, w którym na co dzień przebywamy, ze światem, który tu zastaliśmy. Czuję, że tempo życia, które znam na co dzień tutaj gwałtownie hamuje. Wiem, że rano przed czwartą trzeba będzie pójść do kościoła na nabożeństwo poranne. Potem czeka nas wędrówka do następnego klasztoru i kolejne nieszpory. Nikt do tego nie zmusza, ale powoli dociera do nas myśl, że nic innego przez dalsze dni nie będziemy tu robić. Jakiś wybór mamy, bo możemy w miarę szybko porzucić to miejsce i wrócić do domu, ale to zbyt łatwe a pochopna decyzja podjęta właśnie teraz na zawsze zamknie nam możliwość bezpośredniego poznania tego wyjątkowego miejsca. Tymczasem to miejsce mówi do nas by dać sobie trochę czasu, wykazać odrobinę cierpliwości i spróbować pogodzić się z tutejszym rytmem życia. Należy przestać myśleć o pozostawionych gdzieś w naszym świecie problemach a już na pewno odrzucić postawę turysty, który najpierw zwiedza a potem posiada czas wolny na własne potrzeby.
Ostatecznie całkiem świadomi miejscowych uciążliwości, zgodnie postanawiamy wytrwać najbliższe cztery dni, ale zaraz potem szybko wracamy do naszej cywilizacji.
Rano po śniadaniu idziemy do klasztoru Dionisiou, zajmuje nam to kilka godzin. Wiemy, że przyjdziemy wcześnie, ale zgodnie z przyjętą strategią
szukamy pierwszego możliwego noclegu. Po drodze brzeg morza, ale jakoś dziwnie nikt z nas nie ma ochoty się kąpać. Plecy pocą się pod plecakiem od ciągle silnego wrześniowego słońca, a mimo to nie chcemy zanurzyć się dla ochłody w jakiejś zatoczce. Nie kierujemy się przy tym miejscowym prawem zabraniającym kąpieli w morzu. Nikt by nawet nie zauważył, że łamiemy regułę awaton, ale może to jakiś znak, że przybywający tu ludzie podświadomie potrafią dostosować się do tutejszych praw.
Dionisiou przyjęło nas zgodnie ze swoimi zasadami. Zostaliśmy szybko zakwaterowani, ale coś należało zrobić z wolny czasem. Kościoła zwiedzać się nie da, bo aż do nieszporów pozostanie zamknięty. Wychodzimy zatem poza bramę klasztorną podziwiać wyniosłą architekturę monastyru z zewnątrz. Razem z innymi pielgrzymami spoglądamy na tarasy schodzące do morza, na których za sprawą ogrodnika powoli pojawiają się rzędy zielonych sadzonek, następnie schodzimy do nabrzeża przystani. Czas mija powoli, wsłuchujemy się w szum morskich fal, tropimy w wodzie ławice drobnych ryb i przyklejone do kamieni jeżowce. Wreszcie rozchodzące się dźwięki symantronu wzywają wszystkich do kościoła.
Początek nabożeństwa wszędzie na Górze Athos, mnisi ogłaszają w niezwykły sposób. Jeden z nich obchodzi kolejno wszystkie zakamarki klasztorne uderzając lekko drewnianym kijem o drugi kij. Stopniowo jego uderzenia stają się coraz mocniejsze i częstsze, a zaproszenie do wzięcia udziału w liturgii dociera w ten sposób do wszystkich.obecnych w klasztorze. Podobnie rano coraz głośniejsze dźwięki potrafią łagodnie wybudzić ze snu każdego.
Wcześnie rano, wchodząc na długo przed świtem do pogrążonego w mrokach kościoła chyba wszyscy odczuwają, że wkraczają w obszar szczególny. Poruszając się w ciemnościach, dostrzega się we wnętrzu ledwo widoczne zarysy świętych ikon i cienie paru mnichów oczekujących na rozpoczęcie liturgii jutrzni. Przy słabym blasku kilku świec mnich rozpoczyna cicho modlitwę. Do modlitwy przyłączają się następni mnisi, a co jakiś czas któryś z nich zapala kolejną świecę lub lampę oliwną. Modlitwa trwa, przerywana śpiewem zanosi się w przestrzeń powoli jaśniejącą od nowo zapalonych świec. Modlitwa jest cierpliwa i nieustępliwa, trwa w oczekiwaniu na świt dnia, który symbolicznie oznacza powtórne przyjście Zbawiciela na Ziemię. To jest modlitwa za całą ludzkość, wbrew ortodoksji, nie tylko za prawosławnych, ale za wszystkich wierzących w Chrystusa, a więc także za katolików, których uznaje się za heretyków, ale też i innowierców. Mnisi czynią tak co dzień i będą w tej modlitwie trwać do końca świata prosząc Boga o ochronę ludzkości przed złem i niebezpieczeństwem aż do czasu ponownego przyjścia Chrystusa.
W niedzielny poranek stoimy na przystani i czekamy cierpliwie na prom do św. Anny. Miał być o 11.00 a ostatecznie pojawił się dopiero ok. 14.00 poddając w wątpliwość wypełnienie naszego dziennego planu. Zamierzaliśmy osiągnąć najbardziej szanowany i stojący najwyżej w hierarchii klasztor Megisti Lavra. To dosyć daleko, w trudnym terenie a po drodze jeszcze słynne pustelnie w Karoulia. Wychodzimy na ląd w Ag. Anna jako jedyni. pielgrzymi i napotykamy dwóch Gruzinów, którzy niepotrzebnie dziś pojawili się na przystani po pocztę. Jako tani robotnicy, za to ortodoksi pracują na rzecz klasztoru głównie przy pracach budowlanych, finansowanych ostatnio przez Unię Europejską, która uznała wreszcie wyjątkowość Agion Oros i przestała domagać się równouprawnienia dla kobiet i pełnego dla nich dostępu do tego miejsca.
Agia Anna to dynamicznie dziś rozwijający się skit uznający zwierzchność Wielkiej Ławry, klasztoru do którego zmierzamy. Wchodzimy na szlak mając świadomość, że dramatycznie brakuje nam czasu, mimo pięknych widoków nie możemy sobie pozwolić na większe postoje. Mijamy niedostępne pustelnie, których mieszkańcy patykami wciśniętymi pomiędzy sznurki grodzą ścieżki prowadzące do ich prywatności, czasem są to metalowe bramki z wielkim krzyżem pośrodku na bocznej ścieżce, które z łatwością da się obejść lub przeskoczyć a jednak chyba nikt nie zakłócił odrębności tych miejsc, w których pustelnicy samotnie, w ciszy i skupieniu, często przy niedostatku pożywienia modlą się za świat i medytują nad prawdami wiary. To kraniec tego świętego terytorium, dalej skały stromo opadają do morza.
Bez naszej dobrej austriackiej mapy nie udało by się dojść na czas do Megisti Lavra. Ostre a przez to wyczerpujące podejście miało tyle wariantów, że nawet wskazówki od spotkanego Greka nie wystarczyłyby do szybkiego znalezienia właściwej drogi. Po drodze decydujemy się na krótki odpoczynek przy skręcie na ścieżkę do przeważnie ukrytego w chmurach szczytu Góry Athos, dostępnego podobno w rozsądnym okresie od maja do września. Potem forsujemy błota przy Zimnych Wodach Kria Nera – to jedno z dwóch miejsc na półwyspie gdzie woda występuje przez cały rok. Drugie miejsce to źródło Athanasios związane ze słynnym mnichem, założycielem Wielkiej Ławry. Gruntowa ścieżka miejscami bardzo wąska, często przechodzi w odcinki pokruszonej skały, na której zwłaszcza przy naszym pośpiechu łatwo skręcić nogę. Po głowie krążą myśli jak trudno byłoby się wtedy stąd wydostać. Czas mija, kolejny raz szacujemy nasze szanse czy zdążymy przed zamknięciem bramy a tu ciągle nie widać nawet znaku prowadzącego do Prodromou, skitu zamieszkałego przez mnichów rumuńskich. Tylko parę chwil poświęcamy na znajomość ze stadem napotkanych dzikich mułów. Wreszcie jest skręt, pozostało nam więc tylko kilka kilometrów, ale zaczyna niestety zmierzchać. Podążamy starym, łączącym klasztory, brukowanym kilka wieków temu szlakiem, po którym trudno iść szybko. Trzeba uważać na dziury i wystające gałęzie, zdarzają się powalone drzewa. Nie ma już chęci na oglądanie krajbrazów. Myśli krążą tylko wokół tego czy zdążymy. Udało się, wchodzimy na dziedziniec Megisti Lavra, ale niestety jest już po nabożeństwie a kolacja w refektarzu dobiega końca. Mnich przyjmujący miał coś jednak dla nas, w pamięci pozostało jedynie to, że zjadłem ze stołu wszystkie kawałki ulubionej fety. Zbyt ciemno już było na zwiedzanie terenu klasztoru i dawno po nieszporach. Człowiekowi dumnej cywilizacji zachodniej pozostało tylko iść spać.
Rano nie dosyć, że spóźniliśmy się na nabożeństwo, to jeszcze zostaliśmy praktycznie
zmuszeni do wyjazdu wczesnym i zresztą jedynym autobusem do klasztoru Iwiron, znowu bez możliwości posilenia się w tutejszym refektarzu. Nie dane nam więc było poznać atmosfery Wielkiej Ławry.
Iwiron, czwarty w sztywnej hierarchii ważności klasztor, wziął swoją nazwę od mnichów gruzińskich, którzy jako jedni z pierwszych zakładali wspólnoty na Górze Athos. Iberia – dawna nazwa Gruzji kojarzy się dziś raczej z Półwyspem Iberyjskim, ale idąc dalej tym tropem, mocno intrygujący jest fakt odkryty niedawno przy udziale Michała, że Baskowie nazywają swój język Euskara a wyraz ten z kolei jest niesamowicie podobny do nazwy Sakartwelo oznaczającej po gruzińsku Gruzję.
Każdy z atoskich klasztorów posiada jakieś skarby, bez wątpienia Iwiron może poszczycić się słynną ikoną Portaitissa. Podobno wyłowiona z morza i przeniesiona do kościoła wielokrotnie była odnajdywana nazajutrz u bramy klasztornej aż w końcu zbudowano dla niej w tym miejscu kaplicę. Odtąd uważa się, że sama Matka Boska z ikony strzeże wspólnotę atoską przed zagrożeniem z zewnątrz. Wśród mnichów panuje zresztą przekonanie, że przetrwanie ich wspólnoty przez ponad tysiąclecie zawdzięczają jej właśnie a sama Matka Boska Theotokos wspiera mnichów dopóty, dopóki przestrzegane są obowiązujące tu prawa. Patrząc wstecz w historię to nieprawdopodobne jak udało się mnichom obronić niezależność tego obszaru zarówno w sferze duchowej jak i materialnej. Wielokrotne napady rabunkowe ze strony piratów, krzyżowców, Katalończyków, ucisk ze strony islamu, mocarstwowe wpływy carskiej Rosji a w końcu komunizmu nie zdołały Athosu zniszczyć.
Z perspektywy czasu trudno wskazać chwilę, w której dokonała się w nas przemiana na tyle, że zaczęliśmy myśleć jak pobyt w tym świętym miejscu przedłużyć. Wiem, że jeszcze w Ivirionie świadomie nie wstałem na poranne nabożeństwo i mocno potem tego żałowałem. Postanowiłem wtedy, że nie powtórzę już więcej tego błędu a więc chyba tam zmieniłem się w prawdziwego pielgrzyma. Wcześniej tylko wydawało mi się, że nim jestem. Właściwie to wszyscy przybywający na Athos są przez mnichów uznawani za pielgrzymów. Pierwszeństwo otrzymują oczywiście prawosławni, ale może tam się dostać każdy kto zadeklaruje, że jest chrześcijaninem. Pielgrzymka jednak jest inaczej rozumiana w poszczególnych kościołach. W zachodnim rozumieniu słowo to znaczy wyprawę na podłożu religijnym do jakiegoś miejsca, w czasie której zgadzamy się na jakieś męki a przynajmniej niewygody. Greckie rozumienie pielgrzymki, proskynesis, kładzie jednoznacznie nacisk na to co należy zrobić kiedy przybywasz na miejsce święte niż jak się tam dostałeś. Dla ortodoksa komfortowa podróż śmigłowcem pod bramę klasztoru nie byłaby więc niczym dziwnym, dla katolika zaś byłoby to co najmniej niezrozumiałe. Razić może nas obecność samochodów i powiększająca się sieć drogowa na półwyspie a trochę żal historycznych ścieżek pomiędzy klasztorami, które z roku na rok zarastają i niszczeją od spływających deszczów.
Pojawiamy się w Karyes i od razu pytamy o siedzibę Świętej Epistasii. Będziemy się starali o przedłużenie pobytu o dwa dni. Już na schodach przed budynkiem wychodzi do nas życzliwie nastawiony mężczyzna i pyta krótko ile noclegów nas interesuje, zabiera diawatiriony i poleca przyjść za dwie godziny. W tym czasie czekamy aż otworzą pobliski kościół Protaton gdzie można odwiedzić najsłynniejszą na półwyspie poczerniałą ze starości ikonę Axion Esti. Corocznie w Wielkanoc jest ona obnoszona w procesji po ulicach Karyes przez mnichów reprezentujących wszystkie społeczności klasztorne. W Karyes mają siedzibę różne urzędy administrujące Świętą Górą, wybierane kadencyjnie na okres jednego roku spośród mnichów delegowanych z 20 klasztorów. Każdy klasztor tak naprawdę to niezależna instytucja, której nie można nic narzucić, nie podlega nawet władzy patriarchy z Konstantynopola. Od dawna granice terytorialne pomiędzy nimi są ściśle wytyczone, a wszystkie posiadają dostęp do morza. Dobrym przykładem całkowitej niezależności jest klasztor Esphigmenou, który nie zgodził się na współpracę ekumeniczną i dialog z Rzymem, a mnisi nie wykonali nawet rozkazu Konstantynopola opuszczenia klasztoru.
Około 11.00 zgłaszamy się po nasze diawatiriony. Chcieliśmy 2 dni a dostaliśmy przedłużenie na 3. Prawdziwa radość, co się z nami stało, jeszcze niedawno myśleliśmy jak stąd najszybciej wyjechać. Opuszczamy piechotą stolicę i kierujemy się do klasztoru Stavronikita. To mały klasztor nad morzem, w którym nie liczymy na nocleg, ale warto go odwiedzić, bo jest niezwykle malowniczy.
Po drodze zauważamy dziko rosnące figi. Nie wypada nie skorzystać z takiej okazji. Trzeba było widzieć zadowolenie na twarzy wujka.
W klasztorze odważnie prosimy dyżurnego mnicha o możliwość modlitwy w kościele. Archondaris zgadza się, ale musimy trochę poczekać. Nie marnujemy okazji i częstujemy się galaretką loukoumi i wódką ouzo. Chwila spędzona w katolikonie (kościele) to nie to samo co być na
wspólnym nabożeństwie, ale dobre i to. Przed nami widoczny w oddali klasztor Pantokrator położony na wyniosłej skale u brzegu morza. Prawdopodobnie będziemy tam nocować. Wspólnota tego klasztoru w przeciwieństwie do innych jeszcze do niedawna była zorganizowana w sposób idiorytmiczny. Można powiedzieć, że drobne grupy mnichów żyją sobie w osobnych społecznościach a kościół służy im tylko do odprawiania wspólnych modlitw. Nie ma tu przeora a każdej grupie przewodzi protos czyli pierwszy. Taka organizacja powoli zanika na Athos, bo pozostałe klasztory tworzą wspólnoty cenobityczne, takie jakie znamy w Polsce a więc zakonnicy mają przeora wybieranego dożywotnio i tworzą jedną społeczność co nie wyklucza jednak możliwości wyboru bycia pustelnikiem albo zamieszkania w odosobnionej okolicy we trzech lub więcej mnichów. Nikt jednak nie może zostać samotnikiem już na początku swojej duchowej drogi. Każdy z kandydatów musi najpierw zostać duchowo przygotowany w głównym klasztorze przez starszych mnichów – przewodników a dopiero potem, jeśli ma dość siły i zaparcia, może skierować się do pustelni gdzie nie będzie już mógł liczyć na niczyją pomoc. Przybyszy z zewnątrz intryguje ta samotność, tkwiąca zresztą już w samej nazwie mnicha, bo nawet Polak potrafi rozpoznać, że w wyrazie Monachos tkwi rdzeń >mono<, znaczący po grecku tyle co – pojedynczo, tylko.
Klasztor Pantokrator okazał się dla nas łaskawy. Po nieszporach, spokojny o nocleg, bogaty już we wrażenia z kilku ostatnich dni, długo wpatrywałem się w znikające w wieczornej szarości, rosnące na dziedzińcu pomarańczowe drzewka. Powoli dziedziniec pustoszał od spacerujących pielgrzymów i coraz wyraźniej słychać było szum rozbijających się o morski brzeg fal. Nade mną górowała wysoka kamienna wieża skrywająca pewnie jeden z tych bogatych księgozbiorów atoskich, wśród których co jakiś czas naukowcy odkrywają jakiś prawdziwy skarb. Wiele z manuskryptów zostało rozkradzionych głównie w XIXw. przez zbieraczy antyków, którzy zaproszeni na Athos, wykorzystywali niewiedzę mnichów i łatwy dostęp do zbiorów by następnie w kufrach wywozić stąd cenne księgi. Trzeba było wielu lat by mnisi ponownie nabrali ufności do nauki i uniwersyteckich badaczy.
Dziedziniec w tym klasztorze jest tak wąski, że refektarz urządzono wyjątkowo na pierwszym piętrze, naturalnie na wprost kościoła. Może wydawać się komuś, że mnisi zbyt wiele uwagi przywiązują do jedzenia. Jest dokładnie odwrotnie. Posiłek stanowi dla nich przedłużenie kościelnej modlitwy, stąd owa bliskość kościoła i refektarza. Warto jednak wspomnieć, że w wielu klasztorach w dni postne (poniedziałki, środy, piątki i dłuższe okresy przed głównymi świętami) zamiast dwóch posiłków jada się jedynie raz około południa, dieta nie zawiera nigdy mięsa a ryby, ser, masło, oliwa czy jajka pojawiają się na stole w święta a tylko czasem w zwykłe dni. Niektóre społeczności zachowały winnice i mogą pielgrzyma poczęstować szklanką wina, ale nie w posty.
Kolejny dzień rozpoczyna się przy dźwiękach symantronu. Po nabożeństwie, posileni w klasztornej stołówce wyruszamy na pobliskie wzniesienia w drodze do klasztoru Vatopedi. Nie możemy jednak odszukać właściwej drogi, na mapie nie ma ich tyle co widzimy wokół siebie, w końcu trafiamy na pole, na którym pracuje w pojedynkę młody mnich. Częstuje nas gruszką i wskazuje prawidłową trasę. Jest taki radosny, nie wiem czy to od pracy czy od spotkania z nami. Po nużącym, dłuższym marszu znowu mamy przed oczami obszerny widok na morze i okolicę. Wujek Romek mnie zaskakuje, wyjmuje z plecaka loukoumi i kapiące od miodu ciastka. Po wysiłku smakują wspaniale. Schodzimy powoli do rozległej zatoki nad którą położony jest klasztor. Pomiędzy starymi oliwkami widać ruiny byłej Akademii Atoskiej, która wywarła ogromny wpływ na kształtowanie się greckiej świadomości narodowej w okresie tureckiego panowania. Klasztor wydaje się być największy z dotychczas widzianych, z nachylonym mocno dziedzińcem, otoczonym przez liczne budowle, niektóre pięknie odrestaurowane. Do przydzielonego pokoju musimy wchodzić przez inny, który przypadł młodym
Austriakom. Jest trochę czasu więc wybieram się na zwiedzanie. Odkrywam na ścianie kaplicy pośród mnóstwa fresków jeden niezwykle interesujący. Oto w nurtach szerokiej rzeki płyną sobie do piekła zgodnie złodzieje, cudzołożnicy, zbójcy i co smutne heretycy czyli my wyznawcy wiary katolickiej. Dla nas, żyjących w atmosferze ekumenizmu i otwartości do innych chrześcijan to trudne do przyjęcia, ale jak się przekonałem niedługo potem, w kościele na nabożeństwie dotknęła mnie ortodoksyjna agresja bezpośrednio. Któryś z siedzących niedaleko mnie mnichów zauważył, że wykonałem znak krzyża na lewą stronę i głośno zawołał w moją stronę nie bacząc na odprawianą liturgię, następnie pokazał jak należy się prawidłowo przeżegnać. Cicho, prawie do ucha odpowiedziałem mu, że jestem katolikiem, zdając sobie sprawę, że dla niego i wielu innych znaczy to tyle co odszczepieniec. Natychmiast pojawił się koło mnie jakiś młody mnich z pytaniem co się stało, ale po wyjaśnieniu o co chodzi, ten zupełnie już sprawę zignorował. Dowód to, że coś się zmienia w podejściu prawosławia do Zachodu, ale właściwie nie dziwię się, że dzieje się to tak późno, wystarczy spojrzeć na historię tego miejsca by zrozumieć, że Górę Athos i zamieszkujących ją mnichów spotykały ze strony katolików same klęski (wyprawy krzyżowe, napaść i okupacja Konstantynopola, rabunki w klasztorach).
Tymczasem następnego dnia podążamy leśną ścieżką do klasztoru Zographou przecinając w poprzek półwysep. Znowu podziwiamy piękne widoki na zatokę i morze, po którym nic nie pływa, ale do tego już przywykliśmy. Kto by się spodziewał, że najgorsze starcie z ortodoksją jeszcze przed nami.Na mapie najwyższe wzniesienie na trasie nazywa się Hiera, to po grecku ręce. Na miejscu okazało się, że stoi tu postument a na nim w formie płaskorzeźby wyryte są właśnie ręce wskazujące palcem kierunek do Zogroaphou.
Schodzimy powoli do doliny, w której leży nasz ostatni klasztor. Oceniam, że w przeszłości musiał być bardzo zasobny, bo wokół wielkiego kompleksu widać znaczne obszary nadające się do uprawy. Z bliska widać, że budynki są bardzo zaniedbane. Nie wiadomo skąd pojawia się kulawy mnich, który od razu po rosyjsku domaga się ujawnienia naszego wyznania. Jest sympatyczny, ale w jego głosie czuje się wyraźny żal, że nie jesteśmy prawosławni. Klasztor od pewnego czasu zamieszkany jest głównie przez Bułgarów. Na Athos nie oznacza to, że poszczególne wspólnoty składają się zawsze z mnichów jednej narodowości. Istnieją jednak pewne preferencje i tak Cypryjczycy podobno wybierają głownie Vatopedi, a ci z wysp jońskich Simonospetras, ale naprawdę nie stanowi to żadnej reguły a Bułgarów spotkać można również w innych klasztorach. Znowu mamy trochę czasu do nieszporów, chodzimy po okolicy, naszą uwagę zwraca ciekawa technika budowy kamiennego muru gdzie bezładnie kładzione odłamy skalne co pewien odcinek oddzielane są kilkoma warstwami starannie położonych płaskich kamieni. Dopiero na wakacjach w Gruzji okazało się skąd pochodzi ten styl. Rozlegają się dzwony a więc czas do kościoła. W środku słychać już śpiewy a mnich obchodzi po kolei wszystkie kąty świątyni z kadzidłem. Zajmujemy stojące miejsca w prawie pustym kościele z przodu pomiędzy kilkoma pielgrzymami. Nagle jeden z mnichów podchodzi do nas i natarczywie wskazuje nam drogę do wyjścia. Nie protestujemy, ale mnich ciągnie mnie za rękaw i wypycha aż za drzwi. Tego to już się nie spodziewałem.
Po chwili inny młody mnich wybiega za nami i zakłopotany tłumaczy, że zaszła pomyłka, bo opat życzy sobie byśmy pozostali w kościele, tylko w ostatniej ławce z boku. Trudno, oni tu rządzą. Po kwadransie minęła nas procesja zmierzająca do kaplicy na zewnątrz. Zdezorientowani, czekamy na dziedzińcu na dalszy rozwój wydarzeń. Okazuje się, że to już koniec obrzędów i cały orszak udaje się teraz do refektarza na posiłek. Nasza dyplomacja na znak protestu nie przyjmuje zaproszenia, uznajemy bieżące wydarzenia za pogwałcenie szacunku dla ludzkiej osoby, tym bardziej dla pielgrzyma, który jest przecież chrześcijaninem.
Rano nie doczekałem się jutrzni w katolikonie mimo, że wychodziłem kilkakrotnie pod drzwi kościoła poczynając od godz. 4.00. W końcu rozgoryczeni opuszczamy Zographou i dużo przed czasem rozkładamy się na plaży w oczekiwaniu na prom. Wszystkie zapasy nieświeżej żywności zostają przekazane kotom.
Prom przypływa o czasie, ale nie zabiera nas w stronę domu, a do klasztoru Docheariou. Tu nawiedzamy sławną ikonę Gorgoepikoos – uzdrowicielkę dzieci, jak przekazywał mnich archondaris. Po jeszcze jednej kawie opuszczamy klasztor i na brzegu czekamy na nasz ostatni prom. Na pokładzie zauważam lekkie zainteresowanie celnika moim plecakiem, wyraźnie ciężkim od zebranych tradycyjnie na pamiątkę kamieni.

I można już tylko marzyć na pokładzie o powrotnej drodze do kraju.
Grecka jesień nie jest tak nostalgiczna jak nasza, polska, ale to chyba najlepszy czas by się na Athos pojawić. Zdarzają się wtedy deszcze i może być chłodno, ale zazwyczaj jest tak ciepło jak w nasze lato. Podobno pięknie jest też na wiosnę gdy rozkwitają łąki. Bogata przyroda nie jest naturalnie powodem do pozostania tu na stałe, ale po krótkim pobycie na tej ziemi można dojść do wniosku, że dla kogoś kto szuka w życiu prostych reguł, wcale nie musi to być trudna decyzja. Nie ma tu konfliktów o dobra materialne, a praca jest raczej dodatkiem do modlitwy i nie służy gromadzeniu bogactwa. Irytujące może być tylko to, że trzeba zdecydować się na zerwanie więzi z własną rodziną i zrezygnować z posiadania żony i dzieci. Trudne dla niektórych może okazać się też to, że mnich dobrowolnie skazuje się na izolację od świata, bo wielu z nich nigdy nie opuszcza nawet terytorium swojego klasztoru. Nie wiadomo czy przebywanie do końca swoich dni we wspólnocie ludzi, którzy dokonali podobnego wyboru, skazujących się na różne ograniczenia może dać mnichowi zadowolenie z życia. Może nigdy ich nie zrozumiem oceniając według kryteriów człowieka z zewnątrz, który przyjechał tu tylko na chwilę. Sami mnisi wyglądają na szczęśliwych, z przekonaniem mówią, że ten kto ostatecznie uzna Górę Athos za swój dom, może być pewny, że odnalazł bramę do nieba.
Dziś w dobie rozwiniętego i relatywnie taniego transportu każdy kto czuje się chrześcijaninem ma świadomość, że powinien odwiedzić Ziemię Świętą oraz Rzym z Watykanem. Nie powinien jednak pominąć na swojej trasie pielgrzymkowej wspólnoty Athos. Jeżeli szuka Boga, znajdzie go wszędzie, ale tu na pewno odkryje jego ślady i odczuje jego wyjątkową obecność.

Janusz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s